Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Prolog
 
główna. | menu.
TOM I:
0 | 1.1 | 1.2 | 2.1 | 2.2 | 3.1. | 3.2 | 4.1 | 4.2 | 5.1 | 5.2 | 6.1 | 6.2 | 7.1 | 7.2 | 8.1 | 8.2

Prolog

Po niezliczonych trudach (ukłony w stronę pana Imageshacka, który robił, co w jego mocy, ażeby tylko krwi mi napsuć) i bez większych wstępów - przed Państwem "Półtora tysiąca kilometrów". Wszelakie wypociny dłuższe przewidziano na dzień jutrzejszy, a na razie - nacieszcie oczęta!


 

TOM I

Motto:

(…)
Gdzie indziej pierwszy snajper
nacisnął cyngiel dnia;
nim pocisk dobiegł celu,
pojąłem, że jestem nim ja.
Tak, mówię o zabitym
i o tym, że jestem nim ja.
 
Lecz ekran znów promieniał,
bo czas był na inny mord;
znów ekran bez wytchnienia
rozkrawał doniesień tort,
nowiny ze świata rozrywki,
prognozę na dziś i sport,
prognozę na dziś i sport.
(…)
 
Gdzie indziej inny snajper
nacisnął cyngiel dnia;
nim zrobił swoje strzelec,
pojąłem, że jestem nim ja.
Tak, mówię o zabójcy
i o tym, że jestem nim ja.
(…) 
(Stanisław Barańczak, XI [Myślałem, gdy świt różowiał…])

Prolog

            Elektroniczny zegarek zapikał głośno, chcąc całemu światu obwieścić, że właśnie wybiła dwunasta. Zupełnie jakby świat tego nie wiedział.
           Ławr dyskretnie przesunął winowajcę w głąb rękawa płaszcza, choć prawdopodobnie nikt poza nim nie usłyszał niestosownego dźwięku. Ludność dokoła słuchała prezbitera – albo przynajmniej udawała, że go słucha – ten z kolei zbyt zajęty był własną przemową, żeby zwracać uwagę na otoczenie. Jedynym niebezpieczeństwem pozostawało czujne oko kamery. Lecz i ono błądziło teraz po twarzach zgromadzonych, nareszcie zostawiając Ławra samemu sobie. Cóż za miła odmiana!
           Odkąd tu przyszedł, zaczął gorąco żałować, że nie wymówił się bólem gardła, który wszak dręczył coraz mocniej. Może to początki grypy? O zdrowie trzeba dbać, ludzie by zrozumieli. Czasem Ławr miał wrażenie, że oni zrozumieliby wszystko, gdyby tylko uśmiechnął się we właściwy sposób, wspomagając wyraz twarzy stosownym gestem. Nigdy tego nie pojmował – i nigdy nie wykorzystywał. A może teraz należało? Przynajmniej nie marzłby, stojąc twarzą do październikowego wiatru i nijak nie mogąc zmienić miejsca pobytu. Nie musiałby też obracać w spoconych ze zdenerwowania dłoniach czarnej teczki, wewnątrz której mieścił się tekst jego przemówienia. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało, biorąc pod uwagę, czyjego autorstwa naprawdę była mowa, którą przyszło mu wygłosić.
           Na oczy widział ten tekst raz. Dzisiejszego poranka. Przeczytał go parokrotnie na głos, zaś trójka ekspertów przekazała wskazówki dotyczące intonacji, dodatkowych gestów (nie pomogły tłumaczenia, że ciężko się gestykuluje, trzymając w rękach teczkę), a nawet miny, jaką powinien robić. W przemówieniu nie było ani krztyny jego własnych emocji – bowiem emocje, przynajmniej tak mu tłumaczono, źle się sprzedają. W każdym razie te autentyczne. Zawsze istnieje ryzyko, że człowiek pójdzie o krok za daleko – i straci w oczach ogółu. Czy ktokolwiek dopuściłby do tego, żeby ulubieniec Rosjan skompromitował się źle sformułowanym zdaniem, w dodatku wypowiedzianym przed kamerami?
           Gdy przystrojony w zieleń oraz złoto prezbiter przestał wreszcie zawodzić i przekazał mikrofon Ławrowi, ten miał wielką ochotę na oczach całej Moskwy podrzeć demonstracyjnie kartkę z przemówieniem. Przez jedną chwilę szaleńczo zapragnął wypowiedzieć słowa, które niby zadra tkwiły mu w głębi duszy, nie liczyć się już z niczym ani z nikim. Ale Ławr zbyt dobrze wiedział, jaka kara spotkałaby go za tak rażącą niesubordynację. W ułamku sekundy zdusił grzeszną chęć. Utrata sympatii otoczenia, od dwóch lat skutecznie zastępującego mu rodzinę, byłaby zbyt wysoką ceną.
           Odetchnął głęboko, a mikrofon zwielokrotnił ten oddech, niosąc go po smętnej okolicy. Targane wiatrem drzewo niedaleko niego zrzuciło kilka liści, inne zaś, niewysoka brzózka (kto sadzi brzozy w takim miejscu?), ukłoniło się szyderczo. A może to tylko znerwicowany Ławr miał takie zwidy po kilku niemal nieprzespanych nocach.
           Odchrząknął.
           – Zebraliśmy się tutaj, aby...
           Musiał to czytać? Naprawdę musiał? Nawet idiota wiedział, po co tego konkretnego dnia w to akurat miejsce ściągnęły moskiewskie elity i po co największe stacje telewizyjne w kraju przysłały tu swoje wozy transmisyjne. A gdyby jednak nie wiedział, mógłby się domyślić, patrząc chociażby na stroje zebranych.
           – ... Wasilija Stiepanycza Tarkina, biznesmena, filantropa oraz niezaprzeczalnie wielkiego człowieka.
           Zazwyczaj taką przemowę wygłaszał ktoś z rodziny. Tylko że Wasia i rodzina... To brzmiało jak antonimy. Wasia był samotnikiem, chodził własnymi ścieżkami niczym przerośnięty, ponury kocur. Tylko czasem, z reguły po paru kieliszkach czegoś mocniejszego, jego twarz przecinała wstęga rozbrajająco nieporadnego uśmiechu. Nie znaczyło to oczywiście, żeby uchodził za skończonego pesymistę – pesymiści nie dorabiają się fortuny, nie tworzą imperiów, z pewnością zaś nie zyskują bezgranicznego zaufania tysięcy,  a może milionów Rosjan. Wasia po prostu nie marnował energii na bezsensowne uśmiechy, tylko robił, co do niego należało.
           Ławr nie zdawał już sobie sprawy, co właściwie czyta. Bezmyślnie przekazywał ludziom treść zawartego na kartce przemówienia, choć ich ono też nie obchodziło ani odrobinę, tak jak nie obchodził ich wystrojony duchowny i cała ta sztuczna uroczystość, której sam Wasia nigdy by nie zaakceptował. Chodziło wyłącznie o to, żeby pokazać się w telewizji, zyskać głosy, kontrahentów, poklask wśród znajomych – co kto lubił, czego kto potrzebował.
           Znów musiał wszystkie siły włożyć w to, by nie podrzeć cholernej kartki z cholernym przemówieniem. Chciał powiedzieć coś z serca, jedno jedyne zdanie, może jedno słowo. Cokolwiek. Nie, nie mógł. Zbyt dobrze wiedział, że ludzie nie za szczerość go kochają.
           – Nie byłem nim, nie jestem i nigdy nie będę. – Zbliżał się do końca. Na powrót zaczął słuchać własnych słów, zastanawiać się nad ich brzmieniem i nad tym, ilu spośród zgromadzonych wyczuje sztuczność w jego głosie. – Nie mnie oceniać, czego Waś... Wasilij Stiepanycz by chciał. Lecz co do jednego mam pewność – gdyby był tutaj, z pewnością prosiłby was o chwilę zastanowienia, refleksji nad waszym życiem.
           To brzmiało gorzej niż źle. Czuł się jak na egzaminie z filozofii u wyjątkowo tępego profesora, którego nie zadowalały żadne odpowiedzi poza powtórzeniem słowo w słowo fragmentu wykładu.
           – Zdumiewająca to prośba, wiem, ale Wasia...
           Tym razem się nie poprawił. Nie z przekory. Nagle zabrakło mu tchu, a gardło opanowała nieznośna suchość. Wypowiadając miękko imię przyjaciela – nie jakiegoś tam oficjalnego Wasilija Stiepanycza, tylko starego, dobrego Wasi – uświadomił sobie w pełni, gdzie i dlaczego się znajduje, zupełnie jakby wcześniej nie dopuszczał tej myśli do świadomości. Ujrzał rozległą, posępną przestrzeń z targanymi wiatrem drzewami, dostrzegł rzędy kamiennych nagrobków. A ten nieboszczyk w połyskującej obłudnie trumnie? To naprawdę był Wasia, ten Wasia, z którym Ławr jeszcze kilka dni wcześniej kłócił się o politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych, na którego klął, gdy ten ograł go w pokera...?
           I ani przez chwilę nie pomyślał, że to właśnie spotkanie okaże się ich ostatnim.
           Z hukiem – przynajmniej on tak to odczuł – zatrzasnął teczkę, po czym cichym, łamiącym się głosem dokończył:
           – ...Wasia po prostu taki był. Zdumiewający. I takim go zapamiętajcie – nie biznesmenem w garniturze, tylko przede wszystkim niesamowitym człowiekiem.

*

           Cmentarz opuszczał jako jeden z ostatnich, na długo po tym, jak zniknął potok radnych, a telewizyjne kamery odjechały w siną dal. Momentami Ławrowi zdawało się wręcz, że pozostał sam na rozległej, podmoskiewskiej nekropolii, miedzy krzyżami i palącymi się złudnym blaskiem zniczami. Coś nieznośnie kłuło go w sercu, nie pozwalając uczynić ni kroku.
           Kiedy wreszcie zadzwonił telefon, zaś ostry głos szefa kancelarii przywrócił do rzeczywistości, zapadał już zmrok. Nienaturalnie wolno poczłapał ku wiernie oczekującemu go szoferowi oraz ulubionemu BMW. Wiatr kołysał drzewami znacznie spokojniej niż kilka godzin wcześniej. Idealną ciszę panującą na cmentarzu zakłócał tylko kaszel Ławra oraz... odgłosy kroków?
           Przystanął, rozglądając się uważnie. Wzmocniony okularami wzrok zarejestrował trzy ludzkie sylwetki podążające w jego kierunku. Ławra przebiegł elektryzujący dreszcz, jakby całe mrowisko przemaszerowało wzdłuż jego kręgosłupa. Zaraz jednak zganił przesadną ostrożność – czuwało nad nim dostatecznie wiele osób, by mógł się czuć bezpiecznie.
           Z drugiej strony – Wasia też miał ponoć perfekcyjną ochronę...
           Zwykł decydować w ułamku sekundy. Tak i tym razem zawahał się jedynie nieznacznie – podchodzący ku niemu ludzie nie wyglądali na płatnych morderców ani na sfrustrowanych wynikami ostatnich wyborów meneli. Ba, Ławrowi wydało się, że kojarzy ich twarze – nie potrafił ich tylko dopasować do konkretnych nazwisk. Nic dziwnego; piastując swe stanowisko, codziennie widział tyle oblicz, że nie sposób było spamiętać choćby jednego procenta wszystkich. Mimo to teraz bardziej niż zazwyczaj miał wrażenie, że skądś zna tę drobną kobietę o rudych (farbowanych?) włosach i pooranej zmarszczkami twarzy. Niezbyt za to kojarzył towarzyszących jej mężczyzn – ani tego wysokiego, tyczkowatego, ani też niższego, z przedwcześnie posiwiałymi skrońmi.
           Uwagę zwracały eleganckie stroje całej trójki oraz połyskująca w ostatnich promieniach słońca biżuteria kobiety.
           Stał na rozstajach cmentarnych dróg, czekając, aż tajemnicze osoby podejdą do niego na tyle blisko, by nawiązać rozmowę.
           – Najszczersze kondolencje, Ławrze Andriejewiczu – usłyszał wreszcie głos damy, o której nie śmiałby pomyśleć "staruszka", mimo jej niewątpliwie zaawansowanego wieku. Ciepły, melodyjny alt przyjemnie uspokajał jego wciąż roztrzęsione jestestwo. – Rozumiem, że musi to być dla pana wielki cios...
           Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, Ławr pomyślałby, że takie słowa są nie na miejscu. Cała Rosja doskonale wiedziała, iż to Wasi zawdzięcza urząd, a wypominać to w takiej chwili byłoby zwyczajnym grubiaństwem. Ale nie, ona nie popełniłaby tej klasy nietaktu. Zabawne. Wbrew charakterowi, wbrew własnej ostrożności, ufał tej dziwnej kobiecie. Bezgranicznie ufał jej przyjemnemu głosowi i hipnotyzującemu spojrzeniu intensywnie niebieskich oczu.
           Tylko kim ona właściwie była?
           Nie zdążył zadać tego pytania. Pewnie nawet by nie potrafił.
           – Pan nie wie, z kim ma do czynienia, prawda? – spytała, uśmiechając się łagodnie. Dwaj towarzysze stali po obu jej stronach niczym wierne psy stróżujące. Żaden z nich nie odzywał się ani słowem, pozostawiając w rękach kobiety cała inicjatywę.
           – Mam nadzieję, że Wasilij Stiepanycz, świeć Panie nad jego duszą, zdążył panu o nas wspomnieć. Mówił coś może – zaczęła z nadzieją – o M.I.G.?
           Wtedy właśnie prezydent Federacji Rosyjskiej, Ławr Andriejewicz Kadelabrski, zdał sobie sprawę z powagi owego nietypowego spotkania.


Głosuj (0)

Joanna Andriejewna Bazgrolnikowa wto lis 10 / 10:31:03 [Powrót] Opinie?


Na początku stwierdziłam, że nie będę lubiła Ławra, ale mi się odwidziało, jak ładnie skończył przemówienie. Kim jest ruda, kim jest ruda? Jah lubi rude, bo sama była takowa!
Czekam na kolejną częśc ;*
Jah pią lis 10 / 09:45:48
adfn57.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 79.184.117.57

Cholera, i znowu pogrzeb na wstępie ;P. Szlag by to trafił, bo akurat wszystkie czarne koszule mam w praniu... ;P MIG... brzmi jak ten nasz samolot ;D
Wania śro lis 10 / 10:49:58
ip-212.128.0.194.fiskas.pl | brak www IP: 194.0.128.212

+++ :)
em śro lis 10 / 07:52:57
clf213.neoplus.adsl.tpnet.pl | brak www IP: 83.31.107.213

Ach, Ławr *wzdech*

Przykro mi, doprawdy, że nawet zwykłego przemówienia nie mógł normalnie wygłosić. Marketing narracyjny to marketing narracyjny, panie prezydent :P

No i oficjalnie witam tę, którą osobiście uważam za gwiazdę pierwszej wielkości ;)
Mestari śro lis 10 / 07:12:38
brak hosta | brak www IP: 88.220.82.32



Tekstura w szablonie pożyczona od Nighthawkgraphics. Notes znaleziony gdzieś w otchłani Internetu, podobnie jak ramka (znasz autora? Napisz, proszę!). Tekst w notesie z "Szachów" Borgesa. Zdjęcia moje. Montowałam wszystko ja, ja i tylko ja, więc łapki precz.

stat4u